Tatry Polskie

przewodnik multimedialny

Strona_główna

Dla dzieci



Napisz do mnie


Przygody

kota Mazgaja


Odcinek 2. Pożegnanie z domem


Miałem zaledwie 3 miesiące, kiedy to się stało.

Mieszkałem w dużym domu w Konstancinie koło Warszawy. Nie byłem tam jedynym kotem. Oprócz mojej mamy Pięknisi i taty Pikusia byli jeszcze dwaj starsi bracia, Pucik i Keksik, wuj Sosik i inni krewni, których imion już nie pamiętam. W kociej hierarchii, jako najmłodszy osobnik, byłem na samym dole. Oznacza to, że nikt się ze mną nie liczył, i co więcej, ciągle byłem narażony na żarty i docinki ze strony współziomków.

Jedyną moją przyjaciółką była mama, u której zawsze znajdowałem schronienie. Do dziś pamiętam ciepło i miękkość jej futerka, w które wtulałem się w chwilach trwogi. To ona uczyła mnie stawiać pierwsze kroki, myła codziennie swoim szorstkim językiem od czubka główki do końca ogonka, karmiła rozkosznym mlekiem, a później, kiedy już podrosłem, uczyła polować na myszy i wróble.

Pewnego dnia wszystko się zmieniło. W czerwcowy słoneczny poranek pod nasz dom zajechał samochód. Byłem wtedy z mamą na werandzie, skąd miałem dobry widok na podwórko. Z samochodu wysiedli Pan i Pani. Od razu nas zauważyli i skierowali kroki w naszym kierunku. Przestraszyłem się i dałem susa w najbliższą kępę trawy. Moja mama miała więcej zaufania do obcych. Przywitała przybyłych krótkim 'miau' i wyprężyła grzbiet, dając do zrozumienia, że ma ochotę na pieszczoty. Nieznajomi najwyraźniej znali kocie obyczaje, bo przykucnęli i zaczęli głaskać Pięknisię, przemawiając do niej łagodnie i prawiąc jej komplementy.

Byłem trochę zdziwiony brakiem godności mojej mamy, bo uważałem, że nie przystoi kotu ufać nieznajomym i pozwalać im się dotykać. Podsłuchałem kiedyś rozmowę moich kuzynów, którzy twierdzili, że ludzie są nieobliczalni i dlatego należy być zawsze ostrożnym w kontaktach z nimi. Nie było jednak czasu na dłuższe rozmyślania, bo musiałem skupić uwagę na kolejnych wydarzeniach.

Z domu wyszła nasza Gospodyni, przywitała nieznajomych i zaprosiła ich do środka. Zauważyłem tylko, że Pani przyjezdna niosła pod pachą dużą bombonierkę. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale kiedy spojrzałem na mamę wylegującą się z przymróżonymi oczyma na schodach werandy, tak ufną i spokojną, nabrałem przekonania, że nic złego nie może się wydarzyć. Wyszedłem odprężony z zarośli i położyłem się obok niej.

A jednak mój koci instynkt nie zawiódł mnie. Ta nieoczekiwana wizyta dwojga ludzi zmieniła całe moje życie. Już kiedy wychodzili z moją Gospodynią i Gospodarzem z domu miałem pewność, że oto kończy się moje słodkie dzieciństwo. Przywarłem mocno do brzucha mamy, ale ona, o dziwo, odsunęła się ode mnie. Niesłychane! Poczułem się słaby i opuszczony. Gospodyni bez trudu podniosła mnie i pogłaskała, po czym przekazała w ręce tej Pani. Byłem tak zdruzgotany, że nie miałem siły się bronić. Spojrzałem z wyrzutem na moich Gospodarzy, którzy coś do mnie mówili, ale ja miałem taki zamęt w głowie, że nie rozumiałem ani słowa. Zrozpaczony rozglądałem się nerwowo, szukając mamy, ale nigdzie jej nie było. Dzisiaj wiem, że wówczas chciała mi ułatwić rozstanie i celowo ukryła się gdzieś na drzewie. Przywarłem mocno do mojej nowej właścicielki i pozwoliłem zanieść się do samochodu. Nigdy przedtem nie jeździłem autem, poczułem więc ogromny strach. Czy nie za dużo przykrości w jednym dniu?

Pan uruchomił silnik. Przylgnąłem mocniej do Pani i wydałem rozpaczliwy koci pisk. W tym momencie poczułem delikatną i ciepłą dłoń na grzbiecie i troszkę się uspokoiłem. Odwróciłem głowę i spojrzałem po raz ostatni na ukochany dom i podwórko zabaw. Nie do wiary! Byli tam wszyscy: cała kocia rodzinka stała na werandzie i patrzyła w moim kierunku. Wszyscy mieli opuszczone ogonki, co w naszym, kocim języku oznacza smutek. Uchwyciłem wzrok Pięknisi, która tym razem nie była już taka spokojna. Nerwowo otwierała pyszczek, a z jej oczu płynęły łzy. Wyrwałem się z objęć Pani i bezmyślnie skoczyłem na szybę auta. Zanim zdążyłem poczuć ból, byłem już na kolanach Pani, która troskliwie gładziła moją głowę i grzbiet.

Powoli oddalaliśmy się od znajomych zabudowań, lasów i łąk. Zrezygnowany ułożyłem się wygodniej na kolanach Pani i próbowałem zasnąć. Nie było to jednak łatwe. Samochód hałasował i podskakiwał na wybojach. Mdliło mnie od nieprzyjemnego zapachu benzyny. Na zakrętach kręciło mi się w głowie, a świst mijających nas pojazdów przypominał chlust wylewanej z wiadra wody, co przyprawiało mnie o dreszcze. Tak jechaliśmy i jechaliśmy, a ja czułem smutek i żal oraz strach przed nieznanym. Najbardziej bolało, że zostałem sprzedany za pudełko zwykłych czekoladek. Tyle byłem wart dla ludzi, których tak mocno kochałem. Tego dnia przestałem się dziwić, że koty traktują ludzi z dystansem. To była ważna lekcja kociego życia.

Aha, i jeszcze jedno. Od tamtej pory nie znoszę czekoladek.


Do góry

Poprzedni odcinek           Następny odcinek